Strażnicy patrolujący rezerwat North Etiwanda Preserve, na pogórzu powyżej hrabstwa San Bernardino, prowadzą przybliżone zestawienie tego, co znika ze zboczy w każdym sezonie. Do 2022 roku ich szacunki przekroczyły 20 000 funtów białej szałwii zabranej z tego jednego rezerwatu w ciągu pięciu lat: ścinanej nocą i wywożonej ciężarówkami z rośliny, która nigdzie indziej na Ziemi nie rośnie dziko. To nie jest historia, którą opowiada większość stron o szałwii i Palo Santo. To ta, którą warto opowiedzieć.
Krzew, który nie ma dokąd się przenieść
Salvia apiana, czyli biała szałwia, pochodzi z wąskiego pasa nadmorskich zarośli szałwiowych ciągnącego się przez południową Kalifornię aż po północną Kalifornię Dolną. To cały jej świat. Pęczek do okadzania powstaje z żywej łodygi rosnącego krzewu, a nie z roślin zebranych z ziemi, więc każdy zbiór z natury bezpośrednio zmniejsza populację, zamiast korzystać z tego, co już opadło. California Native Plant Society szacuje, że około połowa pierwotnego siedliska tej rośliny zniknęła już wskutek zabudowy, przez co dzikiej populacji pozostaje mniej miejsca na odrodzenie, nawet tam, gdzie kłusownictwo ustaje. Duża część dzisiejszych nielegalnych zbiorów ma niewiele wspólnego z tradycyjnym pozyskiwaniem wciąż praktykowanym przez społeczności południowej Kalifornii i północnej Kalifornii Dolnej, w tym Kumeyaay, a wszystko z workami szałwii odsprzedawanymi dla zysku. Działaczki takie jak Rose Ramirez i Deborah Small, prowadząc kampanię Saging the World, od lat starają się uświadamiać tę różnicę kupującym, którzy zakładają, że każdy pęczek na półce jest nieszkodliwy.
Drewno, które trafia na tę samą półkę
Palo Santo trafia obok białej szałwii do większości sklepów z powodów, które nie mają nic wspólnego z faktycznym pochodzeniem którejkolwiek z tych roślin. Bursera graveolens to dzikie drzewo tropikalnych lasów suchych wzdłuż wybrzeży Ekwadoru i północnego Peru — krajobrazu zupełnie innego niż kalifornijskie zbocze — i nigdy nie ścina się go żywego na potrzeby handlu kadzidłem. Palo Santo sprzedawane w sklepach pochodzi z posuszu: gałęzi i pni, które wcześniej obumarły i opadły, a następnie pozostawiono je na dnie lasu do wyschnięcia. Dostawcy różnią się w kwestii dokładnego czasu sezonowania: niektórzy podają co najmniej trzy lata, inni nawet siedem lub dziewięć, ale wszyscy mówią o latach, nie tygodniach, zanim drewno będzie nadawało się do palenia. Peruwiański urząd leśny SERFOR certyfikuje taki zbiór na mocy krajowej ustawy o lasach i dzikiej przyrodzie, śledząc pochodzenie drewna aż do dozwolonego, naturalnie opadłego materiału, a nie żywych drzew. To właśnie ten sam certyfikowany posusz, sezonowany i objęty ewidencją pozwoleń, trafia tutaj jako Palo Santo Sticks 1 kg Sack — kilka lasów i jedna ustawa dzielące go od zbocza nad San Bernardino.
Region wokół Zapotillo, w ekwadorskiej prowincji Loja, pokazuje, że system pozwoleń ma realne znaczenie. W 2014 roku UNESCO ogłosiło około 1,25 miliona akrów tamtejszego lasu suchego rezerwatem biosfery, a w tym samym roku Bolívar Tello Community Association, utworzone przez lokalnych hodowców w celu zarządzania Palo Santo na tym obszarze, otrzymało Nagrodę Równika Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju za przekształcenie ochrony przyrody w źródło utrzymania, a nie ograniczenie. To naprawdę działający model: las zarządzany przez ludzi, którzy w nim żyją, i wynagradzający ich za drzewa, które pozostawiają nietknięte.
Nieporozumienie, które warto wyjaśnić
Samo Bursera graveolens nie jest obecnie uznawane za gatunek zagrożony w skali międzynarodowej. Nieporozumienie, z którym często spotykają się kupujący, zwykle dotyczy zupełnie innego drzewa — Bulnesia sarmientoi — które w niektórych częściach Argentyny i Paragwaju również nazywa się „palo santo” i które rzeczywiście jest tam zagrożone z powodu nadmiernych zbiorów. Ekwador rozważał zgłoszenie własnego Bursera graveolens do międzynarodowego wykazu, a Peru osobno oznaczyło ten gatunek jako krytycznie zagrożony według krajowych kryteriów oceny, jednak żaden z tych kroków nie ogranicza obecnie certyfikowanego handlu eksportowego. Drzewo nie jest bezpieczne przez przypadek; jest bezpieczniejsze dlatego, że martwe drewno z definicji nie narusza żywej populacji — i właśnie takiej różnicy szałwia nie może sobie przypisać.
Co ta różnica oznacza dla osoby, która je pali
Większość poranków poświęcam na praktykę japa i przez większość dni zapalam przy tym kadzidło, więc nie jest to dla mnie abstrakcyjne pytanie: niezależnie od wyboru każdy patyczek, po który sięgam, ma za sobą jakiś las. Drewno Palo Santo, bogate w żywicę, zwykle zajmuje się, żarzy i znów gaśnie, dlatego wiele osób pali je nad węgielkami do kadzideł, zamiast oczekiwać, że samo utrzyma płomień; wiązka suszonych liści, taka jak Pęczek białej szałwii do okadzania z lawendą, tli się inaczej i potrzebuje przestrzeni do oddychania, zamiast ponownego rozpalania. Ta wiedza nie zmienia niczego w tym, co według tradycji każda z tych roślin ma robić z pomieszczeniem lub stanem umysłu — każda tradycja od dawna opisuje to własnymi słowami. Zmienia natomiast coś cichszego: oznacza, że patyczek w dłoni jest albo kawałkiem drewna, który przez lata leżał na leśnym runie, zanim ktokolwiek otrzymał pozwolenie na jego zebranie, albo garścią liści zerwanych z jedynego wzgórza na planecie, na którym ten konkretny krzew wciąż rośnie dziko.
Dwa różne rodzaje cierpliwości
Kawałek Palo Santo wymaga lat cierpliwości, zanim w ogóle trafi do sklepu — większość tego czasu spędza na leśnym runie w Ekwadorze lub Peru, w ramach systemu stworzonego właśnie po to, by wynagradzać takie oczekiwanie. Łodyga białej szałwii wymaga innego rodzaju cierpliwości, niezwiązanego z dojrzewaniem, lecz z powściągliwością: pozostawieniem rośliny na zboczu, na którym rośnie, zamiast ścinania jej tylko dlatego, że tam jest. Zapalenie zapałki przy którymkolwiek z tych produktów to drobny akt. Wiedzieć, na jakim rodzaju cierpliwości oparto jego drogę do twojej dłoni, to jednak nie jest nic.





