Na początku XX wieku handel kadzidełkami, który rozwinął się w Bengaluru i jego okolicach, nosił nazwę, która nie trafiła na żadną muzealną tabliczkę: oodabathies, dosłownie „wydmuchiwanie dymu”. To proste, rzemieślnicze określenie dla branży, która tworzyła coś delikatnego. Myślę o nim w większość poranków, gdy zapalam pojedyncze kadzidełko we własnym domu w Bengaluru, niedaleko miejsca, w którym ten handel zaczął się organizować.
Handel zwany „wydmuchiwaniem dymu”
Według opracowań historii handlu z tamtego okresu wytwarzanie kadzidełek w Bengaluru przekształciło się w pełnoprawną gałąź przemysłu w XX wieku, a ludzie, którzy nim zarządzali, nazywali ten biznes oodabathies. Odnotowano, że maharadża Majsuru osobiście się nim interesował, wspierając zarówno produkcję kadzidełek, jak i ich promocję za granicą; pamięta się, że królestwo wręczało je zagranicznym gościom — niewielki kawałek dyplomacji zbudowany na zwiniętym kawałku bambusa i pachnącej paście. Na Wystawie Imperium Brytyjskiego w Wembley w Londynie kadzidła z tradycji Majsuru otrzymały świadectwo zasługi, czyli ten rodzaj cichego, weryfikowalnego uznania, który rzadko pojawia się w ogólnych historiach „starożytnych kadzideł”.
Ten handel tak naprawdę nigdy nie zanikł. W połowie pierwszej dekady XXI wieku rząd Indii przyznał kadzidełkom Mysore Agarbathi oznaczenie geograficzne, czyli tę samą kategorię ochrony, którą objęta jest herbata z Darjeelingu. Uznano w ten sposób zarówno udokumentowaną historię, jak i lokalną dostępność surowców, od których zależy ta branża. Oznaczenie chroni nazwę i metodę, choć nie jest w stanie odgrodzić handlu, który dawno rozprzestrzenił się poza granice samej Karnataki; naprawdę trudno ustalić, jaka część produktów noszących dziś nazwę Majsuru wciąż jest ręcznie zwijana w samym mieście. W niewielkiej odległości od miejsca, w którym zatrzymuje się większość odwiedzających Bengaluru, stoi fabryka założona w tym mieście w 1916 roku jako Government Sandalwood Oil Factory, zbudowana w celu pozyskiwania i eksportu olejku sandałowego. Firma, która prowadzi ją dziś — Karnataka Soaps and Detergents Limited — powstała później, w 1980 roku, i nadal produkuje kadzidełka na bazie drzewa sandałowego. Zapach sandałowca unoszący się z kadzidełka w dowolnym miejscu na świecie można w wielu przypadkach prześledzić aż do działającej fabryki, a nie do czegoś tak nieokreślonego jak „starożytna tradycja”.
Jedno kadzidełko w większość poranków
Moja własna praktyka jest prostsza niż cała ta historia. W większość poranków, zanim dzień naprawdę się zacznie, zapalam jedno kadzidełko i przez chwilę siedzę z moją malą z rudrakszy podczas dżapy, pozwalając dymowi robić to, co robi — czyli niewiele ponad zaznaczenie, że rozpoczął się określony rodzaj skupienia. Przez długi czas nie wiedziałem, że kadzidełko trzymane w dłoni całkiem prawdopodobnie zaczęło swoje życie niedaleko miejsca, w którym teraz mieszkam. Bengaluru pozostaje jednym z głównych ośrodków ręcznie zwijanych kadzidełek w Indiach — tych zwyczajnych patyczków sprzedawanych w opakowaniach gospodarstwom domowym w całym kraju i wysyłanych do kuchni oraz domowych ołtarzy daleko poza jego granice.
Pod warstwą zapachu samo kadzidełko jest dość prostym wyrobem rzemieślniczym. Rdzeń stanowi kawałek bambusa; pokrywa się go pastą z węgla drzewnego lub proszku joss, spaja naturalną gumą zwaną jigat, a na końcu nadaje mu zapach — najczęściej drzewa sandałowego, róży lub jaśminu. Niektóre kadzidełka zwija się ręcznie, rzemieślnik po rzemieślniku, rozprowadzając pastę po bambusie wprawnym ruchem; inne wychodzą z maszyny. Żadna z tych metod nie sprawia, że przedmiot staje się bardziej lub mniej prawdziwy. Pojedyncze kadzidełko pali się mniej więcej od dwudziestu do czterdziestu pięciu minut, zależnie od długości i gęstości nałożonej pasty, co jest jednym z powodów, dla których branża nigdy nie przyjęła jednego standardowego rozmiaru.
Dwa słowa na ten sam dym
Hinduskie słowo oznaczające ten przedmiot, agarbatti, powstało z dwóch prostszych słów: agar — pachnące drewno lub substancja aromatyczna — oraz batti — patyczek. Nazywa dokładnie to, czym jest. Angielskie określenie tego samego przedmiotu, joss stick, ma znacznie dziwniejszą historię. Mimo silnego związku z chińską praktyką świątynną słowo „joss” wcale nie pochodzi z chińskiego. Wywodzi się od portugalskiego deus, czyli „bóg”, które w XVI wieku przeszło do języka jawajskiego jako dejos, a stamtąd trafiło do chińskiego pidżynowego angielskiego jako joss — określenie przedstawienia bóstwa. Sam zrost „joss-stick” został odnotowany w języku angielskim na początku XIX wieku, zaskakująco późno jak na słowo, które tak często uważa się za starożytne.
Zapalić jedno, bez tabeli
Nic z tego nie zmienia tego, do czego kadzidełko naprawdę służy w zwykły poranek, a ja nigdy nie widziałem większego pożytku w tabeli mówiącej, który zapach należy palić o danej godzinie. W chińskiej praktyce składania ofiar z kadzideł, znanej jako jingxiang, kadzidełka tradycyjnie trzyma się obiema dłońmi przed ołtarzem i zapala w nieparzystej liczbie — trzy lub pięć — ponieważ liczby nieparzyste wiążą się z energią yang; mój zwyczaj jest spokojniejszy i znacznie mniej sformalizowany, zwykle ogranicza się do jednego kadzidełka. Kadzidełko o zapachu drzewa sandałowego sprawdza się w tym równie dobrze jak wszystko, co paliłem, nie dlatego, że drewno wywołuje jakiś efekt w pomieszczeniu, lecz dlatego, że zapach jest na tyle charakterystyczny, by go zauważyć, a właśnie na tym w dużej mierze polega cała rzecz.
Samo kadzidełko mówi, kiedy to skupienie się kończy. Ostatni centymetr spala się szybciej niż pierwszy, popiół opada krótkimi szarymi zawijasami zamiast jednego długiego kawałka, a zapach, który pozostaje później, jest delikatniejszy niż dym podczas palenia i bliższy zwykłemu drewnu niż ogniowi. To właśnie ten ostatni zawijas popiołu, bardziej niż zapalenie zapałki, stał się tym, na co zwracam uwagę: jest częścią kadzidełka, której nie da się przyspieszyć, stworzoną przez patyczek, który najprawdopodobniej — podobnie jak wiele innych — zaczął swoje życie wcale nie tak daleko od Bengaluru.





